KRIEGSMASCHINE „Enemy of Man”

401355
KRIEGSMASCHINE – „Enemy of Man”
No Solace 2014

Zanim zabrałem się za odsłuch ostatniej płyty Kriegsmaschine wyczytałem już pod adresem tego materiału tyle „słodkopierdzących” recenzji i wypowiedzi, że prawdopodobnie ubzdurałem sobie iż jest to prawdziwe objawienie czy wręcz jutrzenka nowego stylu na metalowej scenie. Gdy zatem zabrałem się wreszcie za odsłuch „Enemy of Man” zderzenie z rzeczywistością było dla mnie dość bolesne, bowiem w moich oczach (uszach) ten album jaki się jako najwyżej „dobry/bardzo dobry”. Dałem sobie jednak czas, dużo czasu na słuchanie i „trawienie” tej płyty, wiadomo przecież, że są materiały, które z całą swoją mocą docierają do słuchacza dopiero po jakimś czasie i zazwyczaj uderzają wówczas z „siłą wodospadu”. Niestety w przypadku tej produkcji nic takiego nie miało miejsca. Nie wiem, może ogłuchłem na stare lata, ale ja nie słyszę w tych dźwiękach owego geniuszu, o którym większość tak opowiada. Jest to album dobry z zapędami na bardzo dobry i niewątpliwie to najlepsza rzecz jaką do tej pory nagrało Kriegsmaschine zarówno pod względem kompozycyjnym i aranżacyjnym, jak i wykonawczym. Znerwicowane, rozedrgane, pulsujące, gęste riffy gitarowe, transowa, wciągająca, hipnotyczna sekcja rytmiczna, która w porównaniu do poprzednich wydawnictw praktycznie wyzbyła się blastów na rzecz plemiennych wręcz momentami rytmów, co ostatecznie okazało się bardzo dobrym posunięciem i odhumanizowany, zimny, jakby pozbawiony wszelkich emocji wokal M. Użyte w ten sposób środki artystycznego wyrazu budują lepką atmosferę napięcia i oczekiwania na bliżej nieokreślone wydarzenie oraz wewnętrznego niepokoju graniczącego z obłędem. Większość maniaków i tak już obsrała się po same pachy non-stop molestując „Enemy of Man” i choć mnie do takiego stanu daleko, to zachęcam do zapoznania się z tym materiałem choćby po to, aby wyrobić sobie o nim własne zdanie. Ja na pewno powrócę jeszcze do tego mimo wszystko intrygującego na swój sposób krążka, być może w końcu uderzy we mnie rzekomy geniusz tych dźwięków i zajebie mnie na amen, jak na razie jednak żyję, mam się dobrze i cały czas twierdzę, że „Enemy…” to płyta dobra/bardzo dobra ale nie wybitna/przełomowa.

Hatzamoth

 

Reklamy

Możliwość komentowania jest wyłączona.