Brutal Assault 2015 – relacja

BA2015_poster_enTwierdza Józefa, w której co roku odbywa się Brutal Assault istnieje od 1780r. To ładny szmat czasu tak jak i 20 edycja Festiwalu, która odbyła się w tym roku. Jak co roku doskwiera upał, tak w tym roku było totalne piekło. 36′ w cieniu dało nam nieźle popalić, lecz mimo to zaprawieni w bojach nie odpuściliśmy i zjawiliśmy się na terenie festiwalu. 20 edycja była  wyjątkowa, chociażby z powodu braku gwiazdy festiwalu, niemniej jednak wiele zespołów zaproszonych do Jaromierza mogło spokojnie brak ów wypełnić. Co roku przewija się tutaj rzesza ludzi, jednak w tym roku wizualnie wydawało nam się, że frekwencja była większa niż dotychczas, o czym może również świadczyć jeszcze większy problem ze znalezieniem miejsca parkingowego w mieście. Jednakże wszystk okaże się w statystykach organizatorów. Nie przeciągając dłużej, po rozbiciu namiotów , wzmocnieni cynamonówką ruszyliśmy w tany.

Środa – dzień pierwszy

Dzień pierwszy napisaliśmy z premedytacją, ponieważ mimo że jest to dzień rozpoczynający festiwal w tym roku skład pierwszego dnia był porównywalny z „pełnoprawnymi” dniami. Na terenie twierdzy zjawiliśmy się dopiero na Melechesh. Izraelczycy zagrali bardzo dobry koncert, lecz bez żadnych wstrząsów. Zaraz po nich na scenie pojawili się thrasherzy z Nuclear Assault, którzy dali bardzo żywiołowy koncert. Jednak całego koncertu nie zobaczyliśmy, ponieważ nakładał się on z występem Ad Nauseam, który bardzo chcieliśmy zobaczyć. Jeśli chodzi o środę to według nas oprócz Mayhem i Triptikon był to jeden z najlepszych koncertów, które zobaczyliśmy. Włosi mimo, że mają w swoim dorobku tylko jedną pełną płytę zaprezentowali się na małej scenie wyśmienicie. Pomimo małej aktywności fizycznej ( co wiąże się zapewne z brakiem doświadczenia na scenie jak również z technicznymi smaczkami muzycznymi), braku efektów wizualnych muzyka obroniła się sama. Zwłaszcza końcowy utwór „Superimposing Mere Will and Sheer Need” na żywo dawał nieźle po bani. Echa muzyki Ad Nauseam pobrzmiewały jeszcze na długo po zejściu Włochów ze sceny. Należy również zaznaczyć bardzo dobrą pracę akustyków. Następnie udaliśmy się na merch odwiedzić starych znajomych, zjeść pierwszego w tym roku langosza i brambory, odpoczęlismy później trochę w namiocie by wrócić na Tryptykon. Zobaczyć Fischer’a  w takiej formie na żywo to jest nie lada gratka dla fana. Muzyka Szwajcarów przeniesiona na deski sceny wydaje się być jeszcze bardziej „prawdziwa” niż z płyt. Ich emocja i siła sprawia, że dla takich koncertów warto żyć. Każdy, kto zna i wielbi twórczość Hellhammer i Celtic Frost był wpiekłowzięty słysząc „Messiah”, “Procreation (Of the Wicked)” oraz “Circle of the Tyrants”. Czterdzieści minut metalowego piekła biło ze sceny. Człowiek w takich momentach zapomina o upale, udrękach podróży i kacu. Po Triptykonie w drodze na pole namiotowe w celu uzupełnienia płynów zdążyliśmy zobaczyć Katatonię, którzy w porównaniu z koncertem z przed dwóch lat wypadli nudno. Po północy przyszedł czas na Mayhem. Jest to idealna pora na black metalowe szaleństwo. Jeśli chodzi o oprawę wizualną był to doskonały spektakl teatralny. Na środku sceny pojawiła się wielka ambona, na której znalazły się kości ludzkie łącznie z czaszkami z której bardzo często korzystał Attila. Wokalnie, muzycznie, nagłośnieniowo pierwsza klasa. Wiele zespołów traktuję swoje koncerty jako sztukę, które de facto ze sztuką nie mają nic wspólnego, natomiast jesli chodzi o Mayhem  była to prawdziwa swojego rodzaju mroczna sztuka, w której Attila aktorsko odnajduję się doskonale. Momentami na scenie wydawało się, że śpiewa „kostucha” we własnej osobie, a to za sprawą rekwizytów jakie miał do dyspozycji Attila. Sam koncert był muzyczną przekrojówką norweskiej legendy. Oczywiście nie zabrakło „De Mysteriis Dom Sathanas”, „Pure Fucking Armageddon” i kultowego „Freezing Moon”. Koncert Mayhem uwieńczył nasz pierwszy dzień na festiwalu. Zmęczeni, ale zadowoleni udaliśmy się na zasłużony spoczynek.

BA 16

BA 17

Czwartek – dzień drugi

Czwartkowy dzień przywitał nas bolesnym skurczem powiek, gdyż słońce od samego świtu nie zamierzało nikogo oszczędzać. Pierwszy zespołem który widzieliśmy tego dnia był indyjski Gutslit. Był to dobry zastrzyk energii na początek dnia. Niecodziennym widokiem dla nas w taki upał był człowiek z turbanem na głowie, ale tam skąd pochodzą takie temperatury i okrycia głowy to norma. Kolejnym zespołem była brazylijska Nervosa. Krótko mówiąc wniosek z tego taki, że nie tylko faceci potrafią grac dobry thrash. Następnie udaliśmy się na scenę obok gdzie rozłożyli się nasi rodacy ze Squash Bowels. Weterani  polskiej sceny gringore’a zagrali bez pierdolenia w walutę czyli szybko, mocno i do przodu. Oczywiście spod sceny słychać było polskie „napierdalać”. Na teren festiwalu wróciliśmy dopiero na 16.30 na chilijski Nucelar. Koncerty na małej scenie miał swój charakterystyczny urok „klubowy”. I takim właśnie występem uszczęśliwili nas Chilijcyczy. Po koncercie Nuclear`a zrobiliśmy sobie dłużą przerwę poświęcając czas na zwiedzanie wystaw oraz przyjrzenie się 20 lecia historii Brutall Asaullt. W wyczekiwaniu na koncert Cannibla Corpse zdążyliśmy rzucić okiem na Asphyx, Arcturus i Enslaved. Oglądając te 3 zespoły na ekranie w Octagonie mogliśmy je ocenić bardziej na „chłodno” i nie rozdrabniając się możemy stwierdzić, że wszystkie 3 wypadły znakomicie. W końcu przyszedł czas na Cannibal Corpse, którzy zgromadzili pod sceną sporą rzeszę fanów, co nie dziwi nikogo. Co tu dużo mówić rozjebali jak rzeźnik świnię w masarni. Pomiędzy wielki przebojami takim jak: ” Make Them Suffer”, „I cum blood”, „Hammer Smashed Face” nie zabrakło również utwórów z ostatniej płyty. „Kill or Become” na żywo wydaje się jeszcze bardziej agresywne niż na płycie. Nie obeszło się bez smaczków typu konkurs „headbandżingu” który oczywiście Fisher wygrał. Koncert jak i nagłośnienie było wykurwiste. Nabuzowani po zajebistym koncercie Cannibali udaliśmy się na merch, gdzie przy zakrapianych pogaduchach mijał nam czas do koncertu Sunn O))). Na początku zastanawiało nas czy taka muzyka nadaje się na festiwalowe sceny i według nas niestety muzyka Sunn O))) na żywo wzbudzała w nas tylko senność. Być może, gdyby koncert odbył się  o innej porze, przy innej temperaturze zmienilibyśmy zdanie. Natomiast w domowym zaciszu płyt Sunn O))) słucha się wyśmienicie. Nawet ruchy sceniczne Attili były spowolnione, więc udaliśmy się na spoczynek. Tak zakończył się dla nas dzień drugi.

BA 29

Piątek – dzień trzeci

Piątkowy dzień jak zwykle rozpoczął się dusznościami spowodowanymi nagrzaniem namiotu i przez pewne prywatne problemy na mieście i dzień rozpoczęliśmy dopiero od Ksiriun.Po raz kolejny nas nie zawiedli. Mimo upału Krisiun jak zwykle przyciągnęło wielu fanów. Potężna dawka death metalowej energii. Następnym zespołem, który wiedzieliśmy tego dnia była Brujeria. Meksykanie dali żywiołowy koncert. Niestety wadą był ciągły kontakt z publiką po hiszpańsku co jest nie fair wobec innych fanów na międzynarodowym festiwalu. Energia biła ze sceny, nie zabrakło również przebojów ” La Migra”, „Brujerizmo” oraz przeróbki “Marijuana”, którą było czuć w powietrzu. Bardzo dobry koncert, zwłaszcza przy zszarganych nerwach. Zaraz po nich na sąsiedniej scenie wystąpili pagan black metalowcy z Primordial, którzy być może nie zachwycili ale warto ich zobaczyć na żywo po raz kolejny. Jednym z najliczniejszych koncertów tego dnia okazał się być koncert Napalm Death. Ich muzyka na żywo sprzedaje sie zawsze i wszędzie. Mimo wieku na scenie aż wrzało lepiej jak na niektórych koncertach młodszych pokoleń. Jak zawsze ekipa Barney’a nie zawiodła. Rozpierducha na całego, mimo kompletnego braku prądu na 3 ostatnich utworach czyli taka wersja unpluged, lecz większość fanów i tak wytrwała do końca. Zaraz po nich miał grać Killing Joke, którzy wypadli i na ich miejsce wszedł Candlemass. Była to miła odskocznia dla ucha, gdyż prekursorzy doom metalu zagrali przeboje takie jak m.in „Bewitched”, „Mirror Mirror” oraz „Solitude”. Mats Levén co prawda nie jest Messiah’a Marcolin’em to wokalnie sprawdził sie świetnie. Następnie na teren festiwalu wróciliśmy na Death DTA, które przy widocznej frekwencji mogłoby być gwiazdą całego festiwalu. Koncert przygotowany i zagrany perfekcyjnie, jednakże dla nas Death to Chuck Schuldiner, a Chuck Schuldiner to Death. Owszem bardzo miło zobaczyć Death na scenie, łeb sam się kiwał przy “Leprosy / Left to Die”, “The Philosopher”, “Symbolic”, ale i tak brakowało tej najważniejszej cząstki. Ostatnim koncertem tego dnia, który zobaczyliśmy był Marduk i tym razem odbył się bez żadnych komplikacji jak ostatnio. Ich koncert był na tyle wyczekiwany, ponieważ mieli zagrać w całości kultowy „Pazner Division Marduk”. Nie brali jeńców. Petarda za petardą, aż chciało się zobaczyć czy za perkusją siedział prawdziwy Fredrik czy jego robot. Blast za blastem siekał uszy z bezlitosna black metalową wściekłością. Oczywiście nie obyło się także bez utworów z najnowszej płyty „Frontschwein” m.in „The Blond Beast”, „Wartheland”. Był to jeden z najlepszych koncertów tego dnia. Parafrazując cytat ze znanego polskiego filmu: „Fuck Me Jesus, i do przodu”. Naładowani blastami i kilku Jegermajstrach poszliśmy lulu.

BA 46

Sobota – dzień czwarty

Ostatni dzień festiwalu przywitaliśmy z lekką ulgą, ponieważ temperatura, słońce w tym roku dały nam się we znaki, przez co człowiek momentami marzył o chwili wytchnienia. Ten dzień zaczęliśmy od koncertu naszych rodaków czyli Outre, którzy zostali szczęśliwie przesunięci z 2.00 w nocy na 15.30 zamiast Ne Obliviscaris. Chłopaki zagrali naprawdę dobry koncert, nie szczędząc black metalowej jatki dość licznemu tłumowi zgromadzonemu pod sceną. Mieliśmy pewne obawy jak sprawdzi się repertuar z debiutu na żywo, ale na szczęście nasze obawy zostały rozwiane po pierwszych dźwiękach. Przy okazji jeżeli będzie możliwość zobaczyć ich w Polsce, na pewno z niej skorzystamy i zachęcamy innych. Następnym zespołem na którym się zjawiliśmy był fiński Demilich. Zespół, który nagrał tylko jedną pełną, ale za to świetną płytę „Nespithe”, wrócił po długiej nieobecności i my mieliśmy tą przyjemność ich zobaczyć. Antti Boman ze swoim charakterystycznym gardłowym bulgotem jeszcze bardziej nas zaabsorbował, gdyż jak się okazuje „ten chłop tak ma”. Naprawdę świetny koncert i mamy nadzieję, że jeszcze nie raz zobaczymy ich na żywo oraz że nagrają nową płytę. Dzisiejszego dnia tak naprawdę wyczekiwaliśmy Greków z Dead Congregation i co tu dużo mówić rozjebucha na całego. Zdecydowanie jeden z najlepszych koncertów tegorocznego festiwalu. Konkretnie, czyli weszli, rozjebali i poszli, nie było co zbierać. Około godzinny koncert death metalowej brutalnej siły w greckim stylu, czuć było siarkę jakby sam Hades wyłaniał się z otchłani. Wtedy człowiek zapomina o zmęczeniu, o upale i daje się porwać w ten cały wir nieziemskich dźwięków. Dla takich chwil warto żyć. Po greckich bogach death metalu czmychnęliśmy na chwilę zobaczyć Daniego i spółkę z Cradle of Filth. Tak jak myśleliśmy przerost formy nad treścią. Miło nam było zobaczyć „upadający” zespół, który stał się typową maszynką do robienia pieniędzy. Plastik i błyskotki dla nastolatków z gotyckimi tapetami. Z drugiej strony warto się pośmiać, bo przecież śmiech to zdrowie i lubimy takie kabaretowe akcenty 🙂 Pomiędzy dwiema głównymi scenami festiwalu, a trzecią, na terenie Octagonu pierwszy raz w historii festiwalu rozstawiona został scena orientalna. Na której mieliśmy okazję zobaczyć rosyjską Phurphę, których muzyka muzyka skupia się na dźwiękach tybetańskich mnichów. Były zatem wszelkiego rodzaju trąbki, trąby, dzwony i specyficzne gardłowe dźwięki. Słuchając dźwięków muzyki Rosjan i zamykając na chwilę oczy można było odnieść wrażeni że znajduje się u stóp Himalalajów w tybetańskim klasztorze. Naprawdę niesamowite doświadczenie zarówno muzyczne jak i emocjonalne. Szczerze powątpiewaliśmy w sens odgrywania takiej muzyki na festiwalach, a po Sun O))) tym bardziej, jednak czasami miło jest się pomylić.
Ostatnim koncertem tegorocznego festiwalu, który zobaczyliśmy był Lvcifyre. Mówiąc kulinarnym slungiem dopieprzyli ostro i to bez popity. Miło było nacieszyć błony bębenkowe powalającym kawałkami m.in.: „In Fornication Waters”, „Fyre Made Flesh”, „Svn Eater”. Koncert Lvcifyre był dla nas zacnym uwieńczeniem całego festiwalu. Po koncercie udaliśmy się pożegnać ze znajomymi z merchu.

ba 47

BA 48

Podsumowanie:

I tak jubileuszowa, 20 edycja największego festiwalu bloku wschodniego Europy czyli Brutal Assault w czeskim Jaromierzu za nami. Nie wiemy jak oni to robią, ale zawsze wybierając termin festiwalu trafiają w najgorętszy okres lata, lecz mimo doskwierającego coraz to większego z roku na rok upału warto tam przyjechać. Tak jak piszemy co roku człowiek fizycznie nie jest w stanie zobaczyć wszystkich zespołów jakie grają na festiwalu, ale mamy nadzieję że nasza relacja i wybrane przez nas zespoły zachęcą Was do odwiedzenia tego miejsca. Można powiedzieć, że w tym roku nieco zabrakło typowego headlinera, ale z drugiej jednak strony jest tyle znakomitych zespołów, że ten festiwal niekoniecznie potrzebuje tego jedynego. Drobny minus do którego w tym roku można było się przyczepić to jedna kolejka po odbiór akredytacji i biletów z Metal Shopu, ale nie nie bądźmy typowymi narzekającymi Polakami :), gdyż podczas stania w kolejce można było wypić dobre czeskie lokalne piwo i nawiązać nowe międzynarodowe znajomości (pozdrawiamy w tym miejscu sympatycznego pana z Litwy). Dodatkowym plusem jak co roku jest kino grozy, ponieważ można tam na chwilę się oderwać aby zobaczyć ciekawe filmy, również te niszowe oraz przy okazji zobaczyć ciekawe rzeźby. Jak co roku świetna wystawa grafik, zdjęć artystów. W tym roku byli to Peter Beste i David Glomba. Podsumowując jak co roku jesteśmy wielce kontent, że mamy możliwość uczestniczenia w tym festiwalu, do którego zachęcamy wszystkich.

BA 1 BA 2 BA 3 BA 4 BA 5 BA 9 BA 11 BA 13 BA 14 BA 15 BA 18 BA 19 BA 20 BA 21 BA 25 BA 26 BA 27 BA 28 BA 30 BA 31 BA 32 BA 33 BA 34 BA 35 BA 36 BA 37 BA 38 BA 39 BA 40 BA 41 BA 42 BA 43 BA 44

Reklamy

Możliwość komentowania jest wyłączona.